Czat codziennie 21:00 | Poczta | Lista dyskusyjna | Poezja | Galeria Medialna | SKLEPIK | PORTAL o HBV | ZIOŁOLECZNICTWO
hcv
wzw

:: Choroba   :: Diagnostyka   :: Leczenie   :: Kontakt   :: O Stowarzyszeniu   :: Strona główna  


Historia Teresy
Skorpion (23.10-21.11) - wszystko, co robi jest dokładnie obmyślone

POKOCHAŁAM WIRUSA !?

29 maj 2003 rok. Jadę odebrać wyniki do laboratorium w WSS nr 5 w Sosnowcu. Byłam bardzo ciekawa, ponieważ minęło pół roku od zakończenia terapii interferonem i rybawiryną. Otrzymałam zwiniętą kartkę z wynikami, niestety nie wytrzymałam aby jej nie otworzyć i nie zobaczyć przed dostarczeniem do gabinetu lekarskiego , tym bardziej, że sama potrafię odczytać i zinterpretować wyniki. Moja radość była przeogromna ,ponieważ wszystko było w granicach normy co znaczy, że warto było poddać się leczeniu. Czekałam niecierpliwie pod gabinetem aby podzielić się swoją radością z lekarzem prowadzącym. Po obejrzeniu wyników pani doktor była bardzo zadowolona twierdząc, że z pewnością terapia się powiodła, lecz pewność uzyskamy dopiero po przeprowadzeniu wszystkich badań w grudniu, ponieważ musi upłynąć rok od zakończenia leczenia. Otrzymałam skierowanie do szpitala z ustaleniem terminu przyjęcia mnie na oddział w grudniu. Nie byłam przeciętnym pacjentem a moje leczenie sprawiało lekarzom wiele problemów, dlatego pragnę się z Wami tym podzielić:

WSPOMNIENIA
W 1990 roku nastąpił poród mojego dziecka. Byłam zdrowa a okres przebiegu ciąży przebiegał prawidłowo, nic więc nie wskazywało na to, że dziecko narodzi się poprzez cesarskie cięcie z komplikacjami ,których następstwem był obfity krwotok z zanikiem krzepliwości krwi. W ciągu trzech godzin podano mi 11500 mililitrów krwi i 400 mililitrów osocza oraz zaczęto przygotowywania do następnej operacji, która miała być wykonana w trybie pilnym .Na bloku operacyjnym natychmiast poddano mnie ginekologicznemu zabiegowi usunięcia macicy, lecz niestety krwotoku nie udało się zatrzymać, więc w dalszym ciągu podawano mi krew. Lekarze z OJOM-u poinformowali moich bliskich o zaistniałych komplikacjach, które były zagrożeniem dla mojego życia oraz aby rodzina ustaliła co począć z dzieckiem, ponieważ nie mogło przebywać w szpitalu z uwagi na remont oddziału noworodkowego. Na drugi dzień po moim obudzeniu ujrzałam księdza, który nie chciał ze mną rozmawiać tylko modlił się w mojej intencji poczym opuścił salę, może dlatego, że byłam jeszcze w stanie ogólnego wyczerpania i braku całkowitej przytomności. Fakt ten był dla mnie zaskoczeniem, ponieważ pragnęłam usłyszeć choć kilka słów od księdza tym bardziej, że znaliśmy się osobiście oraz znał moje dzieci, które były w parafii ministrantami. Po tym fakcie zrozumiałam ,że udzielił mi Sakramentu Chorych. Po południu odczułam poprawę w samopoczuciu i zauważyłam serdeczny uśmiech ordynatora, ponieważ faktycznie mój stan się polepszył, więc można było domniemać, że nie było już bezpośredniego zagrożenia mojego życia. Czułam się coraz lepiej i zaczynało mi przybywać krwi z 38% do 55%. Radość niestety trwała krótko, ponieważ po tygodniu doznałam szoku po porodowego oraz wystąpiły torsje z krwią. Sprowadzono do mnie lekarza specjalistę z kliniki na konsultację. Po małym konsylium ustalono przewiezienie mnie do kliniki na Oddział Intensywnej Opieki Medycznej. Minęło 8 dni od narodzin syna, lecz ja zamiast być w domu przy moim dziecku byłam przewożona na sygnale do kliniki. Tam okazało się ,że hemoglobina znów spadła do 36%,zalecono wykonanie na [Ci To] gastroskopię w celu sprawdzenia przewodu pokarmowego i wnętrza żołądka aby znaleźć przyczynę krwawień. Na drugi dzień zabiegiem gastroskopowym wykonano mi wypalankę, niestety poprawę uzyskano tylko na kilka godzin. Byłam na skraju wyczerpania psychicznego i fizycznego, lecz myśl o dziecku i rodzinie dawała mi nadzieję oraz siłę przetrwania. Po następnej kolejnej już konsultacji postanowiono wykonać resekcję żołądka w celu zatrzymania krwotoków, przy czym cały czas otrzymywałam kolejne kroplówki z krwią. Operację przeprowadzono 14 dni po cesarskim cięciu i operacji ginekologicznej. Mój stan był bardzo ciężki. Po 7 dniach straciłam przytomność, doszło do popękania szwów, więc przystąpiono do ponownego szycia. Dostałam napady padaczkowe, które stwierdzono po przeprowadzeniu badania EEG, lekarze nie rokowali mojego wyzdrowienia. Pojawiła się żółtaczka i miałam wstręt do jakiegokolwiek jedzenia. Po 24 dniach zespół gastrologów postanowił umieścić mnie w swojej klinice, aby wśród osób zdrowych następowała moja poprawa psychiczna oraz fizyczna skrajnie wyczerpanego już organizmu. Niestety to była kolejna porażka i kolejna walka o odzyskanie zdrowia, ponieważ po wykonaniu wszystkich badań i tomografii jamy brzusznej stwierdzono, że zostałam zakażona gronkowcem ropnym a cała jama brzuszna była wypełniona ropą. Wszystkie blizny zewnętrzne i wewnętrzne ropiały a cały brzuch wypełniony był ropniakami. Temperatura dochodziła do 40 stopni. Ponownie zaczęto przygotowania do kolejnej operacji, lecz mój stan psychiczny uniemożliwił wykonanie zaplanowanego już zabiegu. Postanowiono mnie obserwować w klinice chirurgicznej gdzie mnie przewieziono. Ponowne konsylium lekarzy specjalistów oraz podaż środków farmakologicznych w celu zlikwidowania gronkowca. Zabieg operacyjny przesunięto i ustalono inny przypuszczalny termin za dwa tygodnie. Oprócz leczenia gronkowca zastosowano również punkcję w celu ściągnięcia płynu z prawego płuca. Mój stan zdrowia uległ polepszeniu, jedynie odczuwałam niechęć do przyjmowania pokarmów, miałam mdłości i najchętniej bym nic nie jadła, ponieważ czułam się wtedy stosunkowo lepiej.
Wykonano mi kolejną tomografię, która wykazała, że ropniaki wchłonęły się i nie trzeba usuwać ich operacyjne, ponownie poczułam siłę i to, że zostanę w niedługim czasie wypisana do domu, ta myśl była wtedy całą moją radością i nadzieją. Po dwóch i pół miesiącach moje marzenie wreszcie się urzeczywistniło powrotem do domu. Otrzymałam wypisy z klinik oprócz karty wypisowej ze szpitala gdzie narodził się mój synek. Gdy mąż zaskoczony tym faktem poszedł po wypis nie chciano mu go wydać, po interwencji wreszcie otrzymał wypis gdzie między innymi było napisane, że podano mi 11,5 litra krwi, plazmę oraz osocze. Będąc w klinice gastrologicznej dowiedziałam się, że na OJOM-ie podano mi 14 litrów krwi.

Przebywając już w upragnionym domu, zamiast odczuwać lepsze samopoczucie ja z dnia na dzień czułam się coraz gorzej, nie mogłam jeść i odczuwałam mdłości, częste torsje z żółcią osłabiały mnie bardzo lecz lekarze twierdzili, że to minie a moja rekonwalescencja poszpitalna musi trochę potrwać. Chodziłam na badania kontrolne do czasu, aż lekarz stwierdził i oznajmił mi mówiąc trywialnie, że powinnam zająć się robotą a nie narzekać i marudzić. Po 11 miesiącach wróciłam do pracy, lecz moja aktywność była bardzo bierna, ponieważ cały czas czułam osłabienie, kiedy moje samopoczucie było już na tyle złe wychodziłam tak aby nikt mnie nie zauważył poczym zasypiałam nad maszyną do pisania lub idąc na reklamację węgla przysiadywałam na ławeczce w pobliskim parku. Torsje z żółcią nasilały się i wtedy na krótko odczuwałam lepsze samopoczucie. Miałam wspaniałego kierownika, który mnie obserwował i widział ,że są dni w których czuję się naprawdę bardzo źle, wtedy wysyłał mnie na swój fotel ponieważ wiedział, że jak odzyskam siłę i moje samopoczucie będzie dobre to nadrobię wszystkie zaległe obowiązki związane z pracą. I tak przepracowałam prawie 3 lata.

Niestety dobre czasy się skończyły, kierownik, który rozumiał pracownika poszedł na emeryturę a na jego miejsce przydzielili kierowniczkę, która nie tolerowała takiej sytuacji, natomiast lekarz zakładowy nie wyraził zgody na podpisanie mi skierowania na badania okresowe. Lekarze do których chodziłam na wizyty twierdzili, że jestem zdrowa i w ten oto sposób znalazłam się w sytuacji bez wyjścia. Znajoma poleciła mi pewnego profesora, który zajmował się takimi osobami jak ja, więc skorzystałam z jej pomocy i udałam się na wizytę nie zważając już na koszty.
Po wykonaniu badań otrzymałam natychmiastowe skierowanie do jego kliniki. Był rok 1994.
Po czterotygodniowym pobycie w szpitalu i wykonaniu wszelkich badań, stwierdzono między innymi nerwicę i stan po resekcji żołądka. Na tej podstawie lekarz zakładowy wystąpił do ZUS o rentę dla mnie, więc pozbył się problemu jaki ja mu stwarzałam. Pojechałam do sanatorium i tam znów pojawiło się dokuczliwe uczucie głodu połączone z poceniem się oraz dreszczami. Lekarze w sanatorium stwierdzili, że zapewne są to objawy spadku cukru, które mogą być dla mnie dość niebezpieczne. Wróciłam do domu i do pana profesora od którego otrzymałam skierowanie do jego kolegi lekarza.

Pobyt w klinice potwierdził złe wchłanianie cukrów przez żołądek. Następna wizyta u znajomego profesora i kolejny pobyt w jego klinice. Wykonano mi badanie w kierunku HBs, który był ujemny. W kwietniu 1996 roku w trakcie pobytu po raz kolejny w klinice, wyniki ASPAT i ALAT były nieco podwyższone, lecz za każdym razem stwierdzano nerwicę i stan po resekcji żołądka. W 1997 roku będąc w domu dostałam silnych ataków bólu w nadbrzuszu. Po wezwaniu pogotowia i po podaniu przez lekarza środków przeciwbólowych wystąpiły dość silne torsje żółcią, wezwane po raz drugi pogotowie zabrało mnie do szpitala gdzie stwierdzono kolkę nerkową przy ASPAT - 167, 80, 66, 63 oraz ALAT - 110, 127 , 97, 97, i PLT - 176, 110. Ordynatorem tego szpitala był znajomy lekarz z kliniki gdzie byłam operowana, gdy przypomniał sobie moją osobę a ja poinformowałam go o swoich dolegliwościach nie zważając na to co mówię stwierdził, że sprawa jest przestarzała, więc nie ma potrzeby wykonywania dodatkowych badań, które są kosztowne. Cóż mi więc pozostało ? oczywiście ponowne znoszenie w cichości moich dokuczliwych i wyczerpujących mój organizm dolegliwości, takich jak mdłości, wzdęcia, bóle w nadbrzuszu, torsje żółcią oraz bóle stawowe. W 1998 roku ponownie udałam się do profesora z moimi dolegliwościami, po czym profesor ponownie skierował mnie do kliniki. Przy podwyższonych wynikach ALAT i ASPAT i badaniu HBs - ujemny stwierdzono w rozpoznaniu, zespół depresyjno- urojeniowy i konieczność leczenia w PZP.

Pojechałam do Poradni Zdrowia Psychicznego. Opowiadając pani doktor całą moją tragiczną historię i po jej wysłuchaniu postanowiła mi pomóc. Po zapoznaniu się z moimi wszystkimi wypisami ze szpitali oraz diagnozami lekarskimi otrzymałam receptę na leki farmakologiczne, które miały mnie wyciszyć i uspokoić moje skołatane nerwy. W tym samym czasie otrzymałam wiadomość abym poszukała sobie innej pracy, ponieważ nie było dla mnie już stanowiska, więc podjęłam pracę w Zakładzie Pracy Chronionej. W niedługim czasie kierownik poinformował mnie o możliwościach finansowych jakie mogę jeszcze otrzymać z zakładu w którym pracowałam na tak zwane odchodne. Byłam zmuszona szukać innej pracy i znalazłam ,uzyskałam zgodę przejścia za porozumieniem stron. Szybko przystosowałam do nowego stanowiska oraz zmian. Nowy kierownik widział moje zaangażowanie i efekty, co oceniał w postaci premii uznaniowej.

Po pewnym czasie przyjmowania leków przepisanych przez panią doktor z PZP, ponownie zaczęłam odczuwać złe samopoczucie, zaczęły nawracać bóle w nadbrzuszu i torsje z żółcią, odczuwałam silne drętwienie rąk oraz dokuczliwy ból kręgosłupa. Poszłam do lekarza pierwszego kontaktu i zaczęto mnie leczyć w kierunku zmian w kręgosłupie. Otrzymałam również skierowanie na badanie morfologii, które wykazało małopłytkowość. Pani doktor stwierdziła, że przyczyną obniżenia płytek krwi są przyjmowane przeze mnie lekarstwa ,które miałam przepisane przez lekarza psychiatrę ( lekarstw tych nie brałam od roku, ponieważ ich nie wykupywałam a pani doktor o tym nie wiedziała ). Dostałam także skierowanie do sanatorium. W sanatorium dostałam ponownego ataku bólu w nadbrzuszu, przyjechało pogotowie ( wtedy już wymiotowałam żółcią) podano mi jakieś zastrzyki po których silne bóle ustąpiły lecz niestety nie na długo.
Po powrocie do domu ataki bólu były coraz częstsze a podawane środki rozkurczowe powodowały wymioty , wszyscy lekarze nadal twierdzili, że przyczyną jest kolka nerkowa. Prosiłam o skierowanie do nefrologa (widział całą moją dokumentację) natomiast doktor w rejonie zażądał przyniesienie zaświadczenia od psychiatry, że jestem zdrowa. W końcu udało mi się uzyskać skierowanie z adnotacją - " na własne ryzyko".

SPOTKANIE Z WIRUSEM
Nefrolog od razu skierował mnie na oddział gdzie stwierdzono przeciwciała HCV. ASPAT = 118, 208, ALAT = 133, 314. Gdy dowiedziałam się o wykryciu WZW typu C skakałam z radości, ponieważ nareszcie ktoś stwierdził, że moje objawy to nie żadne urojenia i żadna nerwica, a poważna choroba, która wymaga leczenia i to specjalistycznego. Radość jednak nie trwała zbyt długo gdy lekarz, który skierował mnie do szpitala zaczął mi tłumaczyć co wolno, a czego mi nie wolno. Najpierw poinformował mnie o diecie a potem o tym jakie powinnam stosować środki by nie zakażać domowników. Wtedy poczułam się jak ktoś nie z tego świata. Wróciłam do domu i próbowałam częściowo wprowadzać wszystkie zalecenia w życie : swoja szklanka ,dbałam o to by nikt nie wycierał się moim ręcznikiem, pełna higiena w kuchni a w szczególności przy przygotowywaniu posiłków, najgorszą rzeczą były kontakty moje i męża , nie chciał wykonać żadnych badania, a co dopiero jak chodziło o zabezpieczenie przy naszych kontaktach intymnych, tym bardziej, że lekarz podejrzewał, iż jestem zakażona około 10 lat ( po operacji ginekologicznej nie były nam potrzebne żadne zabezpieczenia przed niepożądaną ciążą ).
Udałam się do lekarza pierwszego kontaktu i można powiedzieć, że byłam nawet dumna pokazując mój wypis szpitalny, ponieważ mogłam wreszcie powiedzieć, że nie jestem chora psychicznie. Pan doktor zaczął traktować mnie niczym jajko bez skorupki oraz natychmiast wystawił mi skierowanie do poradni hepatologicznej na leczenie. Od niego ponownie usłyszałam co mam robić i na co mam zwracać uwagę by nie zakażać innych. W poradni hepatologicznej natychmiast otrzymałam skierowanie do Kliniki Chorób Wewnętrznych w Sosnowcu. Na miejsce w klinice czekałam 3 miesiące, tam przeszłam wszystkie możliwe badania , nie wykonano jedynie biopsji, ponieważ nie pozwalała na to moja krzepliwość krwi i profesor Gonciarz nie chciał podjąć takiego ryzyka z powodu zagrożenia krwotokiem wewnętrznym co mogło być zagrożeniem mojego życia. Zostałam wpisana na listę osób do Kasy Chorych, którzy kwalifikują się do terapii, poczym wróciłam do domu.
Potwierdzenie mojej choroby spowodowało to, że zamężna córka rzadziej zaczęła przychodzić do nas ze swoimi dziećmi, zauważyłam również, że zaczęła mnie unikać, przypuszczałam, że boi się o swoje dzieci aby nie uległy zarażeniu ode mnie.

Zaczęłam się zastanawiać jak sobie poradzić z tą chorobą, która mnie dotknęła. Starałam się ją zaakceptować, lecz aby to uczynić musiałam mieć większą wiedzę jak mam żyć z wzw HCV. Rozpoczęłam poszukiwanie informacji na temat mojej choroby, przeszukałam wszystkie księgarnie, biblioteki, prasę i ulotki gdzie się tylko jakiekolwiek pojawiły. Okazało się, że nigdzie nic nie znalazłam (tylko jedno zdanie, że jest taki wirus i to wszystko).
W między czasie lekarz pierwszego kontaktu wystąpił do ZUS o pogorszeniu mojego stanu zdrowia. ZUS przyznał mi częściową niezdolność do pracy na 2 lata. Lekarze kazali mi się odwołać od tej decyzji ( ponieważ twierdzili, że przy tylu schorzeniach powinnam otrzymać całkowitą niezdolność do wykonywania zawodu ) tak też uczyniłam tym bardziej, że do września 2000r miałam II grupę.
Chodziłam zmęczona , nie mogłam w nocy spać, często jadąc do pracy wychodziłam z autobusu, ponieważ było mi niedobrze. Wtedy zdarzało się ,że zasypiałam w bramie wjazdowej do budynków - zmieniłam pracę na nocną zmianę. Do pracy chodziłam głodna ale z niej nie zrezygnowałam, bo tylko tam mnie jeszcze doceniano. Zaczęłam brać dodatkową pracę do domu , było to chałupnictwo. Chciałam o wszystkim zapomnieć i nie myśleć a także nie mówić o tym jak się czuję. Widziałam, że rodzinę mój stan zdrowia nie interesuje.
W październiku 2001 roku zostałam zakwalifikowana do leczenia. Dostałam wniosek do Kasy Chorych z wyszczególnionymi lekarstwami i ich ilością a także receptę na lekarstwa. Kazano mi czekać na wezwanie, na leczenie do kliniki. Pojechałam do Kasy Chorych otrzymałam nr 20916 , zostałam zarejestrowana i pobrałam kupony na lekarstwo , teraz wypadało mi tylko cierpliwie czekać na rozpoczęcie leczenie. Wszystko miałam zapięte na ostatni guzik - w listopadzie kończyłam 50 lat , odwołałam całą uroczystość za wyjątkiem Mszy w kościele z tej okazji. Czekałam na telefon aby jeszcze dziś zgłosić się w klinice , było to 21 listopada 2001roku, zrobiono mi badania i okazało się, że z uwagi na zbyt niski poziom płytek nie mogę być na razie leczona - wypisano mnie do domu i miałam się zgłosić do poradni hepatologicznej. W poradni lekarz był zdziwiony, że mam kupony na interferon i rybawirynę oraz to, że nie zostałam poddana leczeniu a w tym przypadku powinien zadecydować profesor co ze mną zrobić, czy zacząć leczenie ,czy zwrócić kupony do kasy ale.........

Ponownie udałam się do psychiatry, ponieważ czułam się bezradna, nikt nie chciał podjąć decyzji ani mnie leczyć, nie wiedziałam co robić. Opowiedziałam pani doktor o sytuacji i atmosferze jaka panuje w domu. Postanowiła mi pomóc abym mogła przeczekać bardzo trudny dla mnie okres, otrzymałam skierowanie na Dzienny Odział Psychiatryczny, tam specjaliści psycholodzy mieli udzielić mi pomocy. Zgłosiłam się. Ordynator potraktował mnie jak osobę, która chce na nim coś wymusić, nawet powiedział mi, że go szantażuję, a ja u niego nie mogłam wypowiedzieć ani jednego słowa tylko płakałam. Miałam zostać przyjęta z dniem 2 stycznia 2002roku.
Przed rodziną były jeszcze święta Bożego Narodzenia, przygotowałam Wigilię lecz nie mogłam nic jeść , siedziałam przy stole a łzy samoistnie opadały na moją zbolałą twarz pokrytą wewnętrznym cierpieniem bezradności i zmęczenia. Były to najgorsze i najboleśniejsze święta w moim dotychczasowym życiu.
Pobyt na oddziale psychiatrycznym mi nic nie dał, wręcz przeciwnie jeszcze bardziej pogłębił mój stan psychiczny, gdyż przypadki, które tam obserwowałam bardzo mnie interesowały i chciałam pomóc niektórym pacjentom a moje sprawy schodziły na drugi plan. Lekarzy również bardziej interesowało to kiedy rozpocznę terapię z tego względu, że chcieli się jak najszybciej mnie pozbyć. Zezwalali mi na każdy wyjazd do specjalistów, poczym żądali ode mnie pełnych informacji na ten temat. W tym czasie spotkałam się z lekarzem hepatologiem, który poinformował mnie, że musi umówić mnie na wizytę z profesorem . Nie czekałam aż on to zrobi, tylko sama umówiłam się na wizytę u profesora Gonciarza, powiadamiając o tym lekarza. Profesor mnie przyjął i zaproponował mi natychmiastowe leczenie, lecz na takiej zasadzie, że mój pobyt w klinice będzie tylko w dniach zastrzyku od rana do godziny 17 i musi ktoś z rodziny po mnie przyjeżdżać. Zgodziłam się na wszystko, ponieważ chciałam już być poddana leczeniu oraz pragnęłam mieć za sobą oczekiwanie i ciągłe zmiany decyzji.

25 stycznia rozpoczęłam terapię. Po pierwszym zastrzyku płytki uległy znacznemu spadkowi co spowodowało wstrzymanie ponownej dawki iniekcji, lecz po dwóch dniach profesor podjął decyzję, aby kontynuować leczenie i przed każdym zastrzykiem kontrolować poziom płytek oraz abym była w stałym kontakcie z lekarzem w celu dalszego postępowania. W tym czasie byłam urlopowana z oddziału dziennego a więc wróciłam na ten oddział. Widziałam zadowolenie ordynatora a, że wybierał się na urlop pozostawił mnie jeszcze na ten okres potem wypisał. Przebywałam tam 7 tygodni.
Terapia interferonem i rybawiryną bardzo mnie osłabiały. Oprócz tego, że po każdym zastrzyku kładłam się do już wcześniej przygotowanego łóżka, ( kołdra puchowa, koc i poduszka elektryczna ) brałam również picie, termometr oraz codipar na obniżenie podwyższonej temperatury. Wyniki spadały i ja opadałam z sił. Zdarzyło się, że nie byłam w stanie dojechać na umówioną wizytę do lekarza ( jeździłam 2 autobusami),gdy przesiadałam się z jednego autobusu do drugiego przysiadywałam na murku i po prostu płakałam ,byłam bezradna i sama, lecz zawsze jakaś wewnętrzna siła w mojej podświadomości nie dawała mi poddać się tylko walczyć o zdrowie i życie. Często przerywano mi terapię ze względu na pogorszoną morfologię. Na płytki już nie zwracano uwagi, ponieważ zawsze były w granicach 80 tysięcy.
W maju przypadkowo trafiłam na artykuł w" Newsweek", zaczęłam wszystkim w rodzinie po cichu go podrzucać aby mogli przeczytać i aby zrozumieli jak ja się czuję, co to za choroba a przede wszystkim w jaki sposób można ulec zarażeniu mając w rodzinie chorego na HCV oraz to, że nie grozi nikomu niebezpieczeństwo z mojej strony i obcowania ze mną, to był pierwszy artykuł w którym można było dowiedzieć się dość dużo o wirusie "C".
Pod koniec maja podczas wizyty lekarz stwierdził, że wyniki są złe i muszę być hospitalizowana, wypisał mi skierowanie i kazał abym się udała na izbę przyjęć ( było to dla mnie wielkie zdziwienie gdyż bywało, że miałam już gorsze wyniki ),przebrałam się w szpitalne ubranie i na wózku zawieziono mnie na oddział. Okazało się, że ten lekarz odchodził z kliniki i ze względu na to, że profesor przekazał mu moją osobę pod opiekę, oddał mnie ponownie w ręce pana profesora. Przebadano mnie, poczym profesor poprosił abym wytrwała w terapii jak długo tylko będę mogła( chciał nawet abym przeleżała do 72 zastrzyków w szpitalu ). Wypisano mnie z kliniki i ponownie pan profesor wyznaczył mi nowego lekarza do którego jeździłam na wizyty kontrolne. Nadal więc trwałam uparcie w terapii. W czasie mojego pobytu w klinice rozmawiałam z innymi chorymi opowiadając im jak znoszę tę terapię. Dowiedziałam się jaką oni mają pomoc ze strony rodziny i bliskich. To było dla mnie bardzo przykre, ponieważ ja nie mogłam liczyć na pomoc ze strony swoich bliskich, musiałam być sama ze sobą i swoimi problemami a tak bardzo potrzebowałam pomocy i bliskości osób ,które przecież kochałam. Wielokrotnie doświadczyłam pomocy lecz nie od ludzi. Poszłam więc do księdza i poprosiłam o spowiedź oraz Sakrament Chorych aby mieć wsparcie od Boga, ponieważ jedynie mogłam na to liczyć. Czułam, że wirus staje mi się coraz bliższy i już mnie tak nie przeraża jak dawniej, zaczęłam go nawet akceptować do tego stopnia, że niemalże go pokochałam, być może brzmi to dość niewiarygodnie ale takie było moje odczucie, po prostu przestałam się go bać. Wróciłam do domu a wszystko powróciło do normy. Chodziłam na zastrzyki z podniesioną głową , na pytania sąsiadów " gdzie się wybieram" , albo" dokąd idę" odpowiadałam z uśmiechem " po działkę" lub "dać sobie w łapkę". Chodziłam na ogródek, miałam także pracę chałupniczą, którą obiecał mi mój szef, to powodowało, że byłam jeszcze komuś potrzebna i uśmiech powracał na mojej twarzy.
Lekarz pierwszego kontaktu ponownie wystąpił do ZUS odnośnie pogorszenia mojego stanu zdrowia i ponownie ZUS nie przyznał mi całkowitej niezdolności do pracy, lekarze kazali mi napisać następne odwołanie co też uczyniłam.

W między czasie zasięgałam porady prawnej o odszkodowanie. Pani mecenas zaproponowała mi pomoc w napisaniu pozwu. Po powrocie z kliniki poszłam do pani mecenas z przypomnieniem o zaproponowanej przez niej pomocy i tym sposobem w lipcu oddałam sprawę do sądu. Kompletowanie dokumentów oraz odbicie na xero zajęło mi dość sporo czasu a tym samym zaczęłam lepiej poznawać objawy choroby, która przeraża tych co na nią chorują i faktycznie nie jest łatwa do wyleczenia a późno wykryta niesie z sobą wiele powikłań i pustoszy narządy wewnętrzne najczęściej doprowadzając do marskości wątroby, której w wielu przypadkach następstwem jest nowotwór i transplantacja organu. Dowiedziałam się czytając dokumenty gdzie zostałam zakażona, co przekonało mnie o tym, że tę sprawę mogę wygrać.
Na pierwszą sprawę czekałam 2 miesiące, do sądu przyszli również przedstawiciele pozwanych, którzy natychmiast wnieśli wniosek o oddalenie sprawy z powodu przedawnienia oraz to ,że nie u nich miało miejsce moje zakażenie. Po rozprawie całkiem przypadkowo usłyszałam ciekawą konwersację owych przedstawicieli a dotyczyła tego, że takich pozwów i takich spraw mają już 30 i zawsze wygrywają oraz to ,że dobrze by było abym złożyła pozew przeciwko jednostce nadrzędnej. Poszłam do prawnika aby porozmawiać na ten temat i pokazać dokumenty, które otrzymałam w sądzie. Musiałam szukać jednostek nadrzędnych tych placówek służby zdrowia. Pani prawnik ponownie napisała pismo do sądu a ja musiałam jak najszybciej je dostarczyć, aby następna rozprawa mogła odbyć się w terminie.

Nie zrezygnowałam z wizyt u psychiatry. Na jednej z wizyt pani doktor poinformowała mnie, że od września zmienia przychodnię i poleca mi ją, poinformowała mnie również, że są tam psycholodzy, którzy prowadzą terapie indywidualne i mogłabym z takiej formy terapii skorzystać jeśli bym tylko potrzebowała pomocy. Otrzymałam wizytówkę oraz umówiłam się na wizytę u psychologa, potrzebowałam takiej indywidualnej terapii na którą zaczęłam uczęszczać co tydzień a później co dwa tygodnie. Rozmawiałam z panią psycholog o swoich problemach zdrowotnych oraz również i o tym jaka sytuacja jest u mnie w domu. Poczułam się lepiej psychicznie i rozmowy sprawiły mi dużą ulgę, ponieważ mogłam wszystko powiedzieć mnie co boli ,co czuję oraz to, że tak dobrze poznałam już wirusa aby się do niego niemalże przyzwyczaić a nawet pokochać go i umieć z nim żyć, lecz wolałabym aby to był tylko zły sen nocy a nie rzeczywistość. Pisząc to pragnę powiedzieć, że akceptacja choroby jest potrzebna ale i walka z nią, ciężka walka, którą możemy przecież zwyciężyć.

Zaczęłam liczyć ile tygodni zostało mi jeszcze do końca, łącznie pobrałam już 100 zastrzyków.
Zbliżały się moje urodziny, miałam wyznaczoną wizytę u endokrynologa i musiałam wykonać badanie hormonów TSH. Z lekarzem hepatologiem umówiona byłam za dwa tygodnie, ponieważ wyniki się unormowały. W sobotę robiliśmy z dziećmi zakupy w supermarkecie i stojąc przy kasie poczułam się słabo, czułam duszność i miałam stan przed omdleniowy , nie byłam w stanie zawołać dzieci, które były dalej i cały towar wkładały do plecaków oraz toreb. Z trudem wystukałam jeszcze pin z karty aby móc zapłacić za towar, dzieci się zorientowały, że coś się ze mną dzieje, poczym pomogły mi opuścić sklep. W środę byłam na wizycie u endokrynologa, który był zaskoczony moimi wynikami . Zapytał się kiedy jadę do hepatologa aby pokazać wyniki. Natychmiast zalecił zwiększenie dawki eutyroksu z 20 na 50 a potem na 75, interferon brałam nadal.
We wtorek natomiast miałam ponownie sprawę w sądzie, zabrałam z sobą całą dokumentację, ale przedstawiciele tym razem Ministra Zdrowia i Wojewody nie przybyli lecz przysłali dokumenty, w których stwierdzono aby sprawę odrzucić. Ja podtrzymałam pozew i rozpoczęło się wstępne przesłuchanie. W następstwie tego sąd powołał biegłego i zobowiązywał się do zapłaty za biegłego strony pozwane. Tym razem nie został wyznaczony termin następnej rozprawy.
Córka po powrocie z pracy poinformowała mnie, że ma dla mnie ciekawą nowinę. Znalazła stronę w Internecie na której mogę dowiedzieć się coś o WZW .Szybciutko nauczyła mnie obsługi komputera i radością moją było to, że mogę porozumieć z innymi na temat mojej choroby. I tak 20 listopada poznałam Jarka, a potem na [chacie] inne osoby również chore na HCV już należące do Prometeuszy.

W czwartek pojechałam do kliniki do hepatologa, pokazałam pani doktor wyniki a jej słowa były dla mnie dużym zaskoczeniem, gdyż oświadczyła mi ,że do domu już nie jadę, ponieważ nie podejmie ryzyka wypuszczenia mnie z powodu złych wyników a tarczyca może mnie udusić. Zaistniało pointerferonowe zapalenie tarczycy. Z trudem uprosiłam, że muszę jeszcze pojechać do domu, ponieważ syn nie ma kluczy, więc będzie czekał na mnie, poinformuję rodzinę oraz wezmę potrzebne rzeczy i zgłoszę się do szpitala na wyznaczoną już salę. Wstrzymano mi terapię. Mój pobyt na oddziale od 21.11 - 19.12.2002 roku, w czasie pobytu udało mi się załatwić skierowanie do sanatorium. Wróciłam do domu i rozpoczęłam przygotowanie do świąt, bałam się gdyż miałam wciąż w pamięci owe straszne święta z roku poprzedniego. Mój lęk okazał się miłym dla mnie zaskoczeniem, ponieważ to co przygotowałam na święta bardzo mi smakowało, i pierwszy raz czułam się wspaniale , nie czułam mdłości i nie miałam żadnych przykrych dolegliwości. Po miesiącu wykonałam kontrolne badania, wyniki ASPAT i ALAT były w normie.
Po świętach Wielkanocnych pojechałam do sanatorium do Długopola Zdroju, tam skorzystałam z zabiegów i wypoczęłam. Doszłam do siebie po terapii, choć warunki nie były najlepsze ale dla mnie nie to było ważne, dla mnie najważniejszy był odpoczynek i odcięcie się od wszystkich spraw bez telewizora, komputera i znajomych. Chociaż miałam w sanatorium problemy z niedocukrzeniem, nie miało to wpływu na mój wypoczynek i na moje samopoczucie. Do domu powróciłam zadowolona , pełna sił do walki z ZUS-em, oraz o odszkodowanie za wszczepienie mi wirusa HCV. Pojechałam do poradni hepatologicznej z wynikami, które wskazywały, że wszystko jest w najlepszym porządku. Teraz wiem, że warto było to przeżyć, aby móc cieszyć się z tego co udało mi się osiągnąć i gdyby przyszło mi powtórzyć jeszcze raz terapię z pewnością bym się nie zawahała i uczyniła to. Bowiem w życiu człowieka nie najważniejszą jest droga, którą on podąża, ale cel do którego zmierza. Mędrzec gdy wstaje, dziękuje Bogu za następny dzień, który mu Bóg ofiarował. Gdy kładzie się spać dziękuje Bogu za następny krok, który przybliżył go do Boga , w jego [mędrca ] wędrówce.

Teresa / doświadczona      

Powrót »



Nieinwazyjne Badanie Wątroby
fibroscan
»
Ważne!
::Nowe Leki przy HCV
::Artykuły medyczne
::Artykuły prasowe
::Szpitale i poradnie
::ZIOŁOLECZNICTWO
::SKLEPIK ZIOŁOWY
::Felietony Prometeuszy
::Słownik medyczny
::Linki medyczne i inne
::Top lista i liczniki
::ATLAS ZIÓŁ
»
Prometeusze
Kontakt ze Stowarzyszeniem
tel. kom.: 602 172 907
lub tel. stacjonarny:
75 610 31 81
::Pomoc psychologiczna
::Kilka ważnych pism
»
FAQ przeczytaj koniecznie
:: Czy prawidłowy poziom transaminaz (Alat i Aspat) wyklucza obecność zakażenia HCV?
:: Czy można zakazić się poprzez kontakty seksualne?
:: Jakie jest ryzyko przeniesienia (transmisji) HCV z zarażonej matki na dziecko?
:: Jakie są objawy zakażenia wirusem HCV i choroby, jaką ten wirus wywołuje?
:: Czy Hepatitis C można wyleczyć?
:: Jakie leki obecnie są stosowane w leczeniu HCV?
:: Czy zakażeni HCV powinni się szczepić przeciwko HBV (wzw typu B)?
:: Czy można się zakazić od domownika, który jest HCV+?
:: Jak zostać członkiem Stowarzyszenia PROMETEUSZE
»
Nasze Akcje
:: HCV za Kratkami
»
Nasi Partnerzy:

diagnostyka

synevo
»
Podziękowania
:: Członkom Honorowym
:: Firmom:
AbbVie
za grant i pomoc w modernizacji Serwisu Prometeuszy w 2016 roku

Synevo
Sanofi - Aventis
Gilead

:: Polskiej Grupie Ekspertów HCV
:: Wszystkim lekarzom, którzy wspierają nasze działania
:: Władysławowi Rysiowi i Zbigniewowi Barteczka za wiersze. Brunowi za "koraki" i aukcje charytatywne.
:: Maciejowi, Monice oraz Ewelinie i wszystkim psychologom za pomoc chorym
:: Naszym webmasterom i administratorom:
Arturowi i Włodkowi,
oraz Piotrowi, Tygrysowi, Ktosi i Andzi
:: Wszystkim za wpisy do księgi gości
:: Wszystkim, którzy wspierają naszą akcję
:: Aptece "Królewskiej" z Wałbrzycha

apteka krolewska
»
Leki z Indii
Leki na HCV z Indii, generyki indyjskie, leki z indii hcv
»
Wspieramy
3 kafki - hostele
akcja Pajacyk
wielka orkiestra świątecznej pomocy

Nasze konto: ING Bank Śląski o/Wałbrzych 61 1050 1908 1000 0022 7301 0526


intermedis - fibroscan


hcv


Hepatic Medical


reklama, tworzenie stron, hosting, wałbrzych, wizytówki, poligrafia

hcv

Copyright © 2001-2017    Prometeusze    All rights Reserved.

hcv
wzw   hcv